Wracając z sobotniego melanżu chyba ostro narozrabiałem. Wprawdzie nic nie pamiętam, ale obudziłem się w przedpokoju. Leżałem na ziemi, o dziwo w samej koszulce, a łokcie i pięści miałem pozdzierane. Nie wiem, czy się z kimś biłem, czy ktoś mnie napadł. W każdym razie nigdzie nie mogę znaleźć mojej bluzy wsrh.
Pierwsze co przyszło mi do głowy to Krzysiek. Przecież mieszkamy po sąsiedzku, więc pewnie wracaliśmy razem. Od razu do niego zadzwoniłem, ale Krzysiek był jeszcze bardziej zdziwiony. Mówi, że nie śpi w domu. Obudził się u jakieś dupy, więc na pewno ze mną nie wracał. Mówił, że widział, jak koło godziny 2:30 wychodziłem z klubu.
Ponoć byłem pijany, ale nie bardziej, niż zwykle. No i już wtedy nie miałem na sobie bluzy wsrh. Albo zgubiłem ją gdzieś w klubie, albo komuś dałem. Mam nadzieję, że się znajdzie, chociaż to pewnie naiwne myślenie. Szkoda, bo trochę za nią zapłaciłem, a wcale też nie była zniszczona. Z drugiej strony cieszę się, że to była bluza, a nie telefon, który na szczęście mam przy sobie.
Właśnie. Po sprawdzeniu smsów i połączeń udało się jedynie ustalić, że w nocy, koło godziny trzeciej odbyłem jedno połączenie, a rozmowa trwała minutę. Zadzwoniłem na ten nieznany numer, ale niestety udało się nic ustalić odnośnie bluzy wsrh. W ogóle nie udało się nic ustalić, bo po prostu telefon, na który dzwoniłem był wyłączony. Może później spróbuję, a może po prostu powinienem już przestać tyle pić w weekendy.
